www.Rejtan.EU

Dzień dobry, mam na imię Jarek i przez trzy lata pracowałem jako kierowca zawodowy w UK.

Początki.

Do Anglii przyjechałem z niewielkim doświadczeniem, bo prawo jazdy "Class 1" miałem raptem od dwóch miesięcy. Początkowo miałem pracować w Southampton na kontenerach, ale mała firma, posiadająca dwa auta straciła z dnia na dzień w wyniku awarii 50% swojego taboru i plan poszedł się walić. Mieszkający już od kilku lat młodszy Brat pomógł w ogarnięciu NIN'u (National Insurance Number), czyli czegoś podobnego do naszego PESELu. Ale na samo nadanie musiałem czekać kilka tygodni na rozmowę z urzędnikiem, a później kilka tygodni na przysłanie listu w którym ów numer się znajdował. Wówczas mogłem zacząć aktywnie poszukiwać pracy, choć droga była jeszcze daleka. To, co dla nas wydaje się codziennością, w Anglii wydaje się problemem nie do przejścia dla osoby, która dopiero co postawiła nogę na Wyspie.

Konto bankowe. Czyli pierwsze zderzenie się z "realiami"

Aby podjąć jakąkolwiek pracę, potrzebowałem konta w banku. Mając doświadczenia z Polski, w którym idziesz do banku przedstawiasz dokument i podpisujesz papiery, myślałem (o naiwny), że podobnie będzie w kraju Szekspira. I tu kolejne zderzenie z absurdami. W Anglii nie ma obywateli, są "poddani". Żeby założyć konto w banku potrzebujesz papieru na poświadczenie adresu. Może być to list od pracodawcy, urzędu, czy rzeczony NIN, na który cały czas czekałem, aby spotkać się z Urzędnikiem. Ale tego nie miałem, a dokumenty, które posiadałem (np. list uprawniający mnie do głosowania, bo do spisu wyborców zostałem dopisany) nie był dla żadnego banku "wystarczająco mocnym" dokumentem. Całe szczęście istnieje coś takiego jak "braterska pomoc" i mogłem się w początkowym okresie swojego zatrudnienia posługiwać kontem Brata.

Znalezienie pracy.

Dla kogoś, kto przez miesiąc jest na utrzymaniu członków swojej rodziny (Brat to Brat, ale ileż można siedzieć na Jego garnuszku) szukałem pracy. Fora internetowe, telefony, grupy polonijnych kierowców na facebooku. Przez cały dzień wyszukiwałem możliwości dla siebie. Całe szczęście prepaidowy telefon można ogarnąć jeszcze będąc w Polsce i do Polski przychodzi angielska karta (jedna z sieci daje taką możliwość). W końcu znalazłem. Mała firma z okolic Derby, będąca podwykonawcą Wincanton'a (duży gracz na rynku logistycznym), jazda z cementem (obsługiwali kilka cementowni w tamtych okolicach). Także umówiłem się z Szeryfem na rozmowę i jazdę próbną, zadłużyłem na kolejne 100 funtów i pojechałem. Jazda testowa (pierwszy raz tak naprawdę siedziałem w aucie z kierownicą po prawej) przeszła dobrze, ale fakt braku posiadania angielskiego prawka oraz niepełny NIN sprawiły, że drzwi są dla mnie otwarte, ale jakby zamknięte. No, ale nic to, dostałem kijem po nerkach, ale próbowałem dalej. Jeszcze była jakaś firma sprzątająca ulicę, gdzie znowu przeszedłem celująco egzamin z jazdy (tu jeszcze dodatkowo była manualna skrzynia biegów i kierownica po lewej), ale dla firmy moje doświadczenie było za małe. Kolejne telefony, kolejne próby kontaktu. Aż w końcu pojechałem do lokalnego oddziału dużej firmy transportowej w moim miasteczku. Tj, najpierw wysłałem zapytanie przez formularz na stronie, a później do mnie oddzwonili.

Tu już moja jazda okazała się trochę za słaba (cały czas przypominam, że miałem z 5000km doświadczenia na zestawie z naczepą oraz z 10 km jazdy po lewej stronie drogi), jednak Ray (mój późniejszy Manager, naprawdę spoko Gość) dał mi szansę i zaprosił na szkolenie. Miało trwać 5 dni pod okiem doświadczonego Kierowcy z firmy, w którym pokaże mi co i jak należy robić. Jazda testowa była we wtorek, pierwszy dzień szkolenia miałem w czwartek. Wypadł dobrze, następnego ranka umówiliśmy się na 5 rano, stawiłem się na czas. Normalna, regularna robota. Podpiął naczepę, pojechał rozładował, wrócił do oddziału, zmienił naczepę, załadował co innego, wrócił na firmę zostawił naczepę, wziął następną...

Ponownie w poniedziałek, przy czym mój Instruktor powiedział mi, że to ostatni dzień z nim, pewnie we wtorek przyjdzie ktoś inny, bo on ma jutro wolne. Jednak w ciągu dnia dostałem telefon, że od wtorku przejmuję swoją ciężarówkę i o 5 rano ruszam w trasę. A ponieważ praca wiązała się z tzw. "trampingiem" (czyli spaniem w kabinie podczas tygodnia pracy), cieszyłem się, że choć trochę zejdę z oczu rodzinie Brata. Pierwsze próby docinek pojawiły się już w pierwszy piątek, gdy jeden z kierowców z mojego oddziału zapytał się, czy śpię w kabinie również podczas weekendu na terenie firmy. Bo przecież imigranci, co zabierają im pracę biorą tylko od nich, nie dając nic w zamian. Gdy mu odpowiedziałem, że na weekend uciekam do domu trochę się zbił z tropu.

Pierwsza podróż do Polski.

Wyjeżdżając z Polski w lutym nie wiedziałem tak naprawdę kiedy przyjadę z powrotem. Bo miałem priorytet aby znaleźć pracę i się w niej utrzymać. Tak więc jak już znalazłem cokolwiek - chciałem pracę utrzymać jak najdłużej. Ale w życiu już tak jakoś jest, że przyszedł czas wesela w rodzinie, więc kupił sobie człowiek bilet. Chciałem, aby pierwszy lot był jak najbliżej domu, żeby zrobić niespodziankę Rodzinie w postaci odbioru z lotniska. Więc spakowałem torby podróżne i ruszyłem do Luton, ponieważ w tamtym czasie jedyny loty "tanich linii" jakie odbywały się na relacji UK-Lublin były właśnie z południa (dopiero po kilkunastu miesiącach przywrócono lot Lublin - Doncaster). Okazało się, że najszybszą metodą dotarcia na lotnisko była podróż lokalnym PKS'em (u nich nazywa się to National Express), tak więc przez internet kupiłem bilet w relacji Leeds-Luton. Z przesiadką w okolicy Milton Keynes. Gdy wsiadałem do drugiego auta, które miało mnie zabrać bezpośrednio na lotnisko, kierowca miał mocny wschodni akcent. Myślę: mało to obywateli Unii pracuje w UK? Gdy podałem Mu swój bilet bez problemu rozczytał moje nazwisko i powiedział: "Zapraszam". Okazało się, że to chłopak spod Olsztyna. Po krótkiej wymianie zdań (Cześć, Cześć, nic więcej) jedna z Karyn zaczęła głośno komentować: "Żeby cholerni imigranci przestali rozmawiać, bo ona się spieszy". Wkurzyłem się i grzecznie odpowiedziałem Karynie, żeby nie obrażała ludzi których nie zna, bo to my pracujemy na jej "benefit" (czyli zapomogi które dostaje). Pani kulturalnie się zamknęła, kilku innych Pasażerów później chciało mnie przeprosić za jej zachowanie. Ale niesmak pozostał.

Podobnych akcji w mojej "karierze" wyspiarskiej było mnóstwo. Ale, ponieważ jeździłem głównie po stałych miejscach, po pewnym czasie zaprzyjaźniałem się z ludźmi, którzy mnie ładowali bądź rozładowywali. Problem pojawiał się, gdy jechał człowiek na jednorazowy strzał w nieznane. Jednak gdzieś po pewnym czasie punkty powtarzały się coraz częściej a ja poznałem na tyle kraj, abym mógł się swobodnie po nim poruszać. Do tego stopnia, że nawigacja nie służyła mi do wytyczenia trasy, a do informacji o stanie ruchu czy wskazaniu o której godzinie dojadę. Jednak, zapierdalałem jak mały odrzutowiec, wyjeżdżając wszystkie możliwe godziny z czasu pracy kierowcy. Mówiąc krótko: nie opierdzielałem się w pracy, co odbiło się poważnie na stanie mojego zdrowia. Nogi powoli odmawiały posłuszeństwa, więc po dwóch latach jazdy poprosiłem o zmianę rodzaju naczepy z firanki (plandeki) na chłodnię.

Było to w roku 2021, a więc już po rzekomej "pandemii". I to był strzał w dziesiątkę. Punktów mniej, w większości tydzień był podobny do tygodnia. Ale płatności były już "za dniówkę", a nie za godzinę, więc wykręcał człowiek minimum czasu. Jednak tęsknota za Rodziną okazała się na tyle silna, że na początku roku postanowiłem popracować do września i wrócić do Polski na stałe. Tak też zrobiłem.

"Hands, Face, Space".

Na początku tego wpisu podałem kilka absurdów z którymi musiałem się zmierzyć na samym początku. Po pewnym czasie, opowiadając ludziom o warunkach życia w UK dodawałem "To jest Anglia, nie doszukuj się logiki". Totalnego pierdolca dostali, gdy pojawił się Pan Zarazek. Otóż, z jednej strony pracownicy kluczowi (a do takich łaskawie zostali zakwalifikowani Kierowcy) byli oklaskiwani w mediach, z drugiej zaś strony podlegaliśmy takim samym restrykcjom. Każdy wyjazd na święta do Polski wiązał się z odbyciem kwarantanny (na początku 14, później 10 dniowej). Dodatkowo, przed każdym wyjazdem musiałem robić test, który uprawniał mnie do wejścia na pokład samolotu/statku. Od początku 2021 roku Królowa wprowadziła dodatkowe testy dla osób przyjeżdżających z innych części świata, oczywiście płatne z własnej kieszeni (i to nie mało). A, żeby tego było mało, aby wyjechać do Polski na Wielkanoc, musiałem mieć "dobry powód", ponieważ wszystkie międzynarodowe podróże zostały zakazane.

Tak więc, gdy człowiek policzył i dodał dwa do dwóch, oraz poszukał pracy w Polsce, okazało się, że w UK nie jest już wcale tak różowo (mimo, że w mediach mówi się o astronomicznych stawkach dla Kierowców). Jeżdżąc po Wyspach obserwowałem skład etniczny ludzi pracujących na farmach, fabrykach, magazynach. Rzadko można było porozumieć się z personelem po angielsku. Dobrze, że człowiek ogarnia kilka europejskich języków na tyle, aby się w miarę swobodnie porozumieć. Na farmach w Humber dominują Rumuni, Bułgarzy oraz mieszkańcy dawnej Jugosławii. W Lincolnshire - wschodnia Europa (Polska, Czechy, Słowacja, Litwa, Łotwa i Estonia). Coraz częściej mówi się o tym, że nie ma już "kim robić", bo ludzie również policzyli pieniądze i wyszło na to, że podobne kwoty zarobią w państwach "starej Unii".

Nie powiem, nabyłem tam doświadczenia, widziałem miejsca, o których nie piszą w przewodnikach. Widziałem setki pięknych wschodów i zachodów słońca. Ale również mnóstwo absurdów, idiotyzmów. Spotkałem się z wieloma przejawami ksenofobii i stawiania się mieszkańców Zjednoczonego Królestwa ponad innych. Teraz słyszę o tym, że w UK na niektórych stacjach zaczyna brakować paliwa. I wcale mnie to nie dziwi. Jedną z narracji zwolenników Brexitu (który osobiście uważam za słuszny krok UK) było, że "setki imigrantów zabiera naszą pracę". Proszę zatem bardzo. Czy pojawił się jakiś lokalny pracownik, aby zająć moje miejsce? A może ktoś z Europy przyjechał, przeszedł absurdalną procedurę wizową, żeby dowieźć kwiaty do centrum logistycznego pewnej znanej sieci marketów? Czy w Basignstoke jest świeża dostawa marchewki ze Spalding? Albo czy w północnej Walii są zapewnione dostawy cementu? :-)

Kraj ten od wieków opierał się na pracy imigrantów. Dziś okazuje się, że w domu pomocy społecznej nie ma kto podetrzeć tyłka starszej, schorowanej pani, bo jej opiekunka wróciła do Rumunii, Polski, Bułgarii i nie ma zamiaru wracać. A żadna lokalna beneficiarka nie zrezygnuje ze swoich dotychczasowych wygód dla kilkudziesięciu funtów tygodniowo więcej. Bo jej na tym beneficie dobrze. Miasto dla i opłaci mieszkanie, da kilkaset funtów na tydzień, bez niczego. A przecież, ona stworzona jest do wyższych celów. Ona jest potomkiem Szekspira.

Tylko, że na te benefity nie ma już kto pracować.

Powodzenia Anglio. Życzę Ci jak najlepiej. :-)